A w Paryżu bez zmian

Kapitan samolotu powitał na pokładzie pasażerów i pasażerki, którzy „zdecydowali się jednak polecieć do Paryża”. Na lotnisku stałem blisko trzydzieści minut w kolejce do kontroli dokumentów. Poza tym niewiele się w Paryżu zmieniło.

Wybrałem się do stolicy Francji w zeszłym tygodniu. Na pokładzie samolotu kapitan powitał pasażerów i pasażerki, którzy „zdecydowali się jednak polecieć do Paryża”. Ot taki niewinny żarcik, żeby rozluźnić atmosferę. Zerknąłem na wolne miejsca wokół siebie, których było całkiem sporo, jak na tej lowcostowej trasie.



Po wylądowaniu kontrola lotów kazała nam czekać w samolocie, bo – jak nam przekazano – ekipa nie była jeszcze przygotowana na nasze przyjęcie. Gdy dostałem się z płyty lotniskowej do kontroli dokumentów, stałem około trzydzieści minut w kolejce, która zapowiadała ogłoszoną dzień później przez prezydenta Francji decyzję o podjęciu prac nad propozycją reformy zasad regulujących strefę Schengen.

Gdy opuściłem lotnisko wszystko wróciło jednak do normy. Nie zaobserwowałem zasadniczego wzrostu obecności CRS-ów, czyli specjalnych oddziałów prewencyjnych francuskiej policji, w gigantycznej pajęczynie paryskiego metra. W podobny sposób jak wcześniej, stacje, na których znajdowano bezpańskie pakunki były zamykane, a w korytarzach, przez które trzeba się przedostać, żeby – jak mawiają Francuzi i Francuzki – wziąć correspondance (przesiąść się do innego pociągu) spotkałem ten sam nieznośnie liczny tłum, co podczas ostatniej mojej wizyty w maju.

Gdy spytałem się dzień po zamachach mojego kuzyna, który mieszka i pracuje w Paryżu, jak wygląda codzienność Panam’ (tak nazywa się potocznie nad Sekwaną stolicę), stwierdził, że „jest lekki chaos, ale taki jest świat, w którym żyjemy. Trzeba iść naprzód” – dodał po chwili.

I tak właśnie odebrałem Paryż. Na ulicy spotkałem tylu samo turystów i turystek , co w inny deszczowy listopadowy dzień; kawiarnie i restauracje wyglądały na podobnie zapełnione, co w każdy inny zwyczajny tygodniowy wieczór. „Nie możemy dać się zastraszyć” – tłumaczył mi jeden z moich znajomych.

Podobnie jak w artykule Agaty Komosy moi rozmówcy i rozmówczynie rozróżniali zwyczajnych wyznawców i zwyczajne wyznawczynie muzułmanizmu od islamistów i fanatyków religijnych oraz uchodźców i uchodźczynie, którzy w równym stopniu są ofiarami Państwa Islamskiego, co ich współobywatele i współobywatelki od fundamentalistów i terrorystów. „Przecież Ci, którzy dokonali tych aktów terroru byli obywatelami Francji!” – stwierdziła francuska koleżanka.

Fundamentalizm i terroryzm nie mają bowiem wyznania, nie mają religii. Wykorzystują w sposób przedmiotowy człowieka i jego wiarę do swoich obrzydliwych celów. Jak zauważył prezydent François Hollande: „Francja nie prowadzi wojny cywilizacyjnej”, albowiem „zbrodniarze wywodzący się z Państwa Islamskiego nie reprezentują żądnej cywilizacji”. Podobnie, jak w przypadku innych religii i wyznań pewna bitwa toczy się również w łonie islamu; bitwa między muzułmanizmem wrażliwym na wartości humanistyczne i uniwersalne, a islamizmem obskuranckim i totalitarnym. Najtragiczniejsze jest to, że pochłania ona ofiary, które nie popełniły żadnej innej winy, niż życie w wolności i tolerancji.
Trwa ładowanie komentarzy...