Wróćmy jednak do meritum.
Pani Szydło rzeczywiście pokazała się jako opanowana i – na pierwszy rzut oka – merytoryczna polityczka niczym polska żelazna dama. Co bez wątpienia zrobiło dobre wrażenie, przede wszystkim na Wielkiej Brytanii.
Niemniej nie udało się jej swoim spokojem i swoją piękną mową omamić wszystkich europarlamentarzystów i europarlamentarzystek. I tak Rebecca Harms z Zielonych czy Guy Verhofstadt z frakcji liberalnych demokratów swoimi przemówieniami pokazali, że doskonale wiedzą w co gra PiS.
Verhofstadt rozpracował zresztą PiS-owską narrację w swoim showmańskim stylu do perfekcji. Wskazał, że PiS nadużywa swojej „istotnej większości, by rozmontowywać system równowagi i kontroli w państwie”. Przypomniał również, że „rozmontowywanie Trybunału nie było zapowiadane w programie wyborczym” partii Beaty Szydło. Harms zaś zauważyła, że polski rząd wpada w podstawową pułapkę, która stoi przed autorytatywną władzą. „Problemem jest to, gdy większość rządząca zmienia się w dyktat” – tłumaczyła. Oboje stwierdzili, że PiS przez niezapowiedziane w swoim programie działania przesuwa Polskę na wschód. To z kolei może uwikłać Europę w niebezpieczne antyunijne gierki Władimira Putina.
To co bez wątpienia pokazała wczoraj pani premier- że PiS opowiada się rzeczywiście po stronie polskiej tradycji. Tyle, że tej najgorszej – tradycji podwójnych standardów i klasycznej dulszczyzny. Bo jak mawiała bohaterska dramatu Gabrieli Zapolskiej: „Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział”. Do tego cytatu streścić można wczorajsze wystąpienie polskiej premier.
Problem jednak w tym, że nie ma już muru, który rozdzierałby Europę na pół i utrudniał swobodny przepływ informacji. Blichtr nie wystarcza. O tym Beata Szydło najwidoczniej zapomniała.
Tekst opublikowany 20 stycznia br. w internetowym czasopiśmie lewicy społecznej "Równość".
